Witamy, Gość. Zaloguj się lub zarejestruj. Czy dotarł do Ciebie email aktywacyjny?

Zaloguj się podając nazwę użytkownika, hasło i długość sesji

Pomóż nam stworzyć serwer!

Autor Wątek: moje próby pisarskie  (Przeczytany 1506 razy)

Offline Alice

  • ***
  • Wiadomości: 210
  • Pochwał: 0
  • TroubleMaker
moje próby pisarskie
« dnia: Lipiec 05, 2009, 12:47:35 pm »
fragment 1 opowiadania 1
Był dziewiąty dzień miesiąca. Fakt nieszczególny. Ot, zwykły listopadowy poranek, niczym osobliwym nie różniący się od innych listopadowych poranków tego roku. Dla mieszkańców Heather fakt ten był jednakże niezmiernie ważny. Heather to niewielka wioska, położona wysoko w górach i z oczywistych powodów z rzadka odwiedzana przez obcych. Ludzie wiodą tu spokojny tryb życia, utrzymując się głównie z pasterstwa i łowiectwa, bowiem chłodny klimat zdecydowanie nie sprzyja uprawie roli. Co jakiś czas przyjeżdżają tu jednak kupcy z odległych krain. Eksport i import kwitnie. Przybyłym towarzyszy zawsze liczna eskorta składająca się w większości z poszukiwaczy przygód. Szlaki górskie są niebezpieczne same w sobie, a gdy dodać do tego jeszcze łotrów i bandytów, samotne spacerki po Wrzosowych Wzgórzach nie wchodzą raczej w rachubę.  Kupcy rozbijają się na kilka dni, potem ruszają dalej...

fragmnent 2 opowiadania 1
Koguty nie piały tego ranka. Zirytowane przechadzały się po grządkach i wygonach. W Heather wrzało jak w ulu. Ludzie tłoczyli się ciasno przy straganach tworząc sprzedawcom zacną klientelę. Wokół poszukiwaczy przygód zbierały się wianuszki dziewcząt z powodzeniem karmionych przez nich wyssanymi z palca historiami.

fragment 3 opowiadania 1
Wiedział, że to już niedaleko. Jechał bardzo powoli, ale najważniejsze, że do przodu. Koń potykał się co chwilę ze zmęczenia. Amdrigar zsiadł z wierzchowca i dalej prowadził go za uzdę. Cayenne śledziła go już od pewnego czasu a on grzecznie udawał, że tego nie zauważył.
-Bu?
Cayenne niemal wpadła na niego kiedy obrócił się nagle. Uniknęła zderzenia odskakując do tyłu, ale gwałtowny ruch zsunął jej kaptur z głowy. Stała teraz i zdezorientowana mrugała oczami. Amdrigar popatrzył z litością na sztylet w jej ręce. Cayenne szybko odzyskała równowagę psychiczną.
-Wyskakuj z forsy!-krzyknęła siląc się na groźny ton
Amdrigar zdziwiony zmarszczył brwi. Uczono go, że nigdy nie należy ignorować przeciwnika.* Ale czy mógł potraktować poważnie dziecko uzbrojone w sztylet?
-Dlaczego mam ci oddawać moje pieniądze dziewczynko?
-Bo mam sztylet i nie zawaham się go użyć, ha!-Cayenne demonstracyjnie nacięła ostrzem powietrze w paru miejscach.
-Ach tak?
-Tak.
Nastąpiła niezręczna cisza którą rozpraszało jedynie bezczelnie ponaglające parskanie Jukatana.
-Chciałem dojechać do Heather.-powiedział Amdrigar.
-Dzisiaj.-dodał z naciskiem

* uczono go też żeby nigdy nie mówił nigdy.

wiersz 1 napiany 12 zgłoskowcem
Myśli wymykają się stróżką błękitną
szukać ich na niebie próżno-bledną, nikną
płoche odpowiedzi pod pytań naporem
pierzchają jak motyle ledwo nietknione

opowiadanie 2 (pisałam je kiedyś dla klanu)
Kilka słów wstępu
Dziękuję wszystkim, którzy niejako przyczynili się do tego opowiadania, służąc informacją, wspierając słowem zachęty, które to słowo dało mi motywację, zapał i siłę twórczą niezbędną do przedsięwzięcia. Dziękuję wam też za wenę, bo to wy staliście się moją muzą, inspiracją z której czerpałam natchnienie i pomysły i bez was to opowiadanie by nie powstało. Historia opowiada o wydarzeniach, które zrodziły się w mojej wyobraźni i nie miały miejsca w rzeczywistości, ale też o ludziach, którzy istnieją naprawdę. Oto opowieść o nas. Może was nie ująć, może się nie podobać, ale niech będzie pamiątką dla każdego. Niektórzy znaleźli tu dobrych przyjaciół albo miłość;) Wspólnie expiliśmy nasze postacie, całością przeżywaliśmy porażki i niepowodzenia czy cieszyliśmy się z naszych sukcesów. Możecie być dumni z siebie, że zdołaliście zbudować coś z niczego i za niepowtarzalną atmosferę jaką stworzyliście w klanie. Atmosferę przyjaźni, gdzie wszyscy są równi i pomagają sobie na tyle ile są w stanie, oraz gdzie obowiązuje szacunek i kultura w stosunku do innych graczy. Stawiam pomnik ku chwale LastHope. A teraz skupcie się, bo już zaczynam...

Rozdział I
To była zdecydowanie najgorsza burza tego lata. Ciężkie chmury przysłaniały szczelnie nieboskłon, nie dając możliwości rozeznania się w porze dnia. Wydawało się, że sufit nieba nie wytrzyma tego balastu, pęknie i runie w dół. Ciemność była tak gęsta, że aż niemal namacalna. Co jakiś czas, chmury rozwierały się i potężna błyskawica rozdzierała ciemności, niczym igła przeszywająca całun*. Po oślepiającym błysku następował dźwięk. Potężny grzmot jeszcze przez długi czas rozchodził się echem wśród skalistych zboczy Ant Nest. Jeszcze ostatnie gniewne pomrukiwania odzywały się złowieszczo gdzieś w załomach skalnych, a już rozbrzmiewał następny grom, jeszcze donośniejszy niż poprzedni. Deszcz dawno już nie padał na tym pustkowiu i teraz lunął z podwójną siłą. Wiatr na próżno wiał, aż w końcu zmęczył się i osłabł. Skały opierały się jego niszczącej sile, stojąc dumnie i niewzruszenie w obliczu klęski żywiołowej. Gigantyczne mrówy pochowały się w swoich gigantycznych kopcach. Coś bardzo złego wisiało w powietrzu.
~*~
Nagły błysk rozświetlił niebo i ziemię, i można było dostrzec cztery postacie poruszające się wąwozem. Jechały sznurem, jeden za drugim, w równych odstępach. Ścigane piorunami stridery biegły bardzo szybko, miotając grudkami piasku z każdym oderwaniem potężnej łapy od podłoża. Dowódca Pierwszej Gwardii Królewskiej zatrzymał się nagle i dał znak towarzyszom by poczekali.
-Coś jest nie tak-powiedział Draculus-Wyczuwam złe wibracje.
-Ty też?-odparł Willow
-Mam wrażenie, jakby ktoś nas obserwował-powiedziała Vanja i zadrżała.
Davy wtrącił się do rozmowy:
-Święta racja, coś tu śmierdzi. Nie wiem czemu HeadShoci wyznaczyli tak oddalone miejsce przetargu
W tym momencie stridery zaczęły się kręcić w miejscu i niespokojnie przestępować z nogi na nogę. Draculus uniósł do góry różdżkę i rzucił zaklęcie. Na końcu laski zabłysnęło ostre światło, roztaczając wokół bladoniebieską poświatę. Skierował je w stronę, z której wierzchowce wyczuwały niebezpieczeństwo. I wtedy na skale ukazała się grupa zamaskowanych ludzi dosiadających fenriry. Wilki zawyły i rzuciły się w dół.
-Wróg!-krzyknął mag choć wszyscy już wiedzieli i zeskakiwali ze swych wierzchowców.
Willow błyskawicznie napiął łuk i strzelił do najbliższego mężczyzny. Strzał był perfekcyjny. Wróg dostał w pierś i zwalił się z wilka. Lecąc w dół potłukł się o skały, spadł, przeturlał się

*tkanina służąca do przykrywania trumny.
po ziemi i teraz leżał bez życia. Davy dobył swej włóczni i ruszył do ataku. Vanja podbiegła
do Draculusa i przyjęła pozycję obronną. Fenrir skoczył jednak z tak ogromną siłą, że zwalił krasnoludkę z nóg. Sparaliżowana Vanja z przerażeniem wpatrywała się w pochyloną nad nią szeroko rozwartą paszczę. Czuła cuchnący oddech na twarzy, coś kapnęło jej na nos i z pewnością nie była to kropla deszczu. Niewiele brakowało a byłaby zimnym trupem. To wszystko działo się w bardzo krótkim czasie. Draculus uformował wielką kulę energii i cisnął nią w wroga, uśmiercając na miejscu tak wilka jak i jego pana. Kolejny jeździec rzucił się na Davyego. To była chyba najgłupsza, a już na pewno ostatnia, decyzja w jego życiu. Warlord właśnie na to liczył. Wystawił włócznię i mocno zaparł się nogami. Wilk tylko zaskomlał żałośnie gdy włócznia przeszyła go na wylot. Jeździec upadł uderzając głową o podłoże. Fenrir jeszcze żył, obficie krwawił i z trudem łapał oddech. Will wyciągnął zza pazuchy mizerykordię* i skrócił jego męki. Krasnoludka zdążyła już odzyskać równowagę psychiczną. Wstała, otrzepała ubranie i rozglądnęła się na boki. Ujrzała fenrira pędzącego w kierunku łucznika. Wiedziała, że nie zdąży strzelić nim bestia go dopadnie. Zamachnęła się więc i rzuciła toporem. Wbił się w sam środek pleców wroga. Mężczyzna plunął krwią i osunął się na kark zwierzęcia. Zdezorientowany wilk zatrzymał się, po czym podkuliwszy ogon rzucił się do ucieczki. Ranny jeździec bezwiednie zsunął się z grzbietu zwierzęcia. Fenrir wlókł za sobą jego ciało. Człowiek, który zdawał się być przywódcą bandy, stał teraz naprzeciwko Davyego. Mężczyźni mierzyli się wzrokiem. Warlord zmarszczył brwi i rzucił mu wyzywające spojrzenie, równocześnie mocniej ścisnął swoją włócznię. Ten drugi, próbował ocenić sytuację. Stracił już czterech ludzi. Czuł, że ta walka jest już przesądzona. Podjął decyzję.
-Odwrót!-krzyknął i zawrócił fenrira. Garstka jeźdźców pozostałych przy życiu podążyła za nim. Willow wypuścił strzałę ale ta przemknęła obok celu. Sylwetki wrogów rozpłynęły się w ciemnościach. Pogoń nie miała sensu.
-Sprawdźcie czy wszyscy są martwi-powiedział Draculus, sam przewrócił mężczyznę, który leżał twarzą do ziemi. Vanja zajęła się przeszukiwaniem zwłok.
-Ten tutaj jeszcze żyje!-krzyknął Willow.
Przywódca Gwardii podszedł do rannego.
-Kto cię nasłał?
-...
-nie możesz mówić?
-...
-Czy to HeadShoci? Odpowiedz!
Mężczyzna z trudem kiwnął głową przytakująco.
-Zdrajcy!-Draculus zerwał się na nogi i rozwścieczony chodził tam i z powrotem.
-Lepiej wracajmy powiadomić Zycha. Trzeba zwołać radę.
-Davy ma rację. Jedźmy.-Willow położył rękę na ramieniu maga.
-Jedźmy-odparł Draculus i wsiadł na grzbiet swojego wierzchowca. Cztery postacie ruszyły wąwozem w milczeniu. Ścigane piorunami stridery biegły bardzo szybko, miotając grudkami piasku z każdym oderwaniem potężnej łapy od podłoża...
Rozdział II
-Chcą wojny, będą ją mieć!-krzyknął Zychu i uderzył pięścią w stół.
-Jeśli rozkażesz bić się, z radością to uczynię.-powiedział Draculus.
-Możesz na mnie liczyć-odparł Bozar z powagą.
-I na mnie-powiedział Zinaz.
Wreszcie i Bejbe, który dotąd milczał, zabrał głos w dyskusji
-HeadShoci zapłacą za zdradę. Nikomu kto zadrze z LastHope nie może to ujść na sucho.

*krótki, wąski sztylet służący do dobijania rannego przeciwnika.
Zapadło długie wymowne milczenie. Decyzja była jednomyślna.
-Pozostało dopełnić formalności-powiedział Bozar.
-Poślę po Ronalda-odparł Zinaz.
Obrada dobiegła końca i towarzystwo rozeszło się. Tej nocy nikt nie mógł zasnąć

Rozdział III
Klanowicze sposobili się do bitwy, która miała nadejść lada dzień. Zychu i Bejbe obmyślali na uboczu strategię wojenną. Ifryta polerowała swoją zbroję nabłyszczaczem do zmywarek, Szamanka i Millena poszły do Rune na zakupy, a Xplode pisał testament przy kominku-tak na wszelki wypadek. Pozostali podeszli do sprawy na dużym luzie. Klanowicze urządzili sobie mocno zakrapianą ucztę, której towarzyszyły śpiewy i tańce. Gwoździem programu był striptiz w wykonaniu Burn3ra ;) W clan hallu panowała radosna atmosfera. Dilios krzyknął do usługującego przy stole Ronalda
-Ronaldzie dziś wyjątkowa okazja, przynieś z klanowej piwniczki więcej alkoholu!
Dragor powstał i uniósł kieliszek do góry
-Za zwycięstwo!
-Za zwycięstwo!-powtórzyli wszyscy i wznieśli toast.
Ktoś zapukał do drzwi
-Kogo to znów licho niesie?-zdziwił się Mogiel
-Idź no Ronald sprawdź. Jeśli to znów ktoś po rekomendację to odpraw.-powiedział Raze.
Poczciwy Ronald poszedł wykonać polecenie. Był wszechstronny, pełnił w klanie wiele funkcji, a otwieranie i zamykanie drzwi było jednym z jego licznych obowiązków. Za drzwiami stała dark elfka.
-Witam. W czym mogę panience pomóc?
-Czy mogę rozmawiać z przywódcą klanu?
-Proszę poczekać chwilkę-odźwierny skłonił się nisko i zniknął w środku.
-Wybaczcie, że przeszkadzam ale jakaś niewiasta chce z tobą pilnie rozmawiać-zwrócił się Roland do przywódcy klanu
-Jest sama?-spytał Zychu
-Tak.
-Każ jej wejść.
~*~
Wszyscy skierowali wzrok na tajemniczą dark elfkę. Niektórzy szeptali między sobą próbując dowiedzieć się kim jest piękna nieznajoma. Kobieta była rzeczywiście nieprzeciętnej urody, młoda, seksowna a przede wszystkim, co wywołało uciechę wśród męskiego grona, skąpo ubrana. Ronald poprowadził ją przez salę. Szła pewna siebie, rzucając panom dwuznaczne spojrzenia i ponętnie kołysząc biodrami.
-Jaką sprawę masz do mnie i kim jesteś?-spytał Zychu
-Nazywam się Kurenai. Wiem, że wypowiedzieliście wojnę HeadShotom i pragnę się do was przyłączyć.
-Widzę, że wieści szybko się rozchodzą. Ale dlaczego?-spytał.
-Ponieważ to też moi wrogowie.-odpowiwedziała
Bejbe próbował wyczytać coś z twarzy dark elfki, jednak nie mógł się dostatecznie skupić.
-Masz jakieś umiejętności?-spytał
-O to się nie martw ...
-Bejbe
-Bejbe-powiedziała dziewczyna i puściła do niego oko.
Bejbe zrobił się trochę bardziej czerwony niż zwykle.
-Potrafię tańczyć.-powiedziała dziewczyna
-Dodatkowa pomoc zawsze się przyda. Nie widzę przeszkód by ci odmówić. Witaj w LastHope Kurenai.
Dark elfka zasiadła przy stole, lecz nie piła. Milcząca, przyglądała się wszystkim z uwagą. Na spojrzenia odpowiadała uśmiechem. Stalowo-szare oczy Kurenai były piękne, ale zimne i obojętne. Chips siedział zahipnotyzowany urodą kobiety, jakby rzuciła na niego jakiś zły urok. Vanja zabiła go wzrokiem, wstała z miejsca i poszła przysiąść się do Mogiela. Także Likom wstał i podszedł do nowej klanowiczki.
-Chyba się nie znamy. Jestem Likom.
-Kurenai...
-Nie pijesz?
-Muszę zachować trzeźwość umysłu
Lik podrapał się po głowie.
-No tak. Naturalnie. Słyszałem, że również jesteś Blade dancerką?-zagaił uprzejmie.
-Owszem i to całkiem dobrą. Mogę ci pokazać kilka niezłych ruchów-odparła uwodzicielsko.
Na Lika jednak to nie działało. Udał, że nie zrozumiał aluzji.
-To miło z twojej strony, ale lekcja przydałaby się raczej bardziej Burn3rowi niż mi-powiedział z uśmiechem.
-Na pewno. Teraz wybacz, ale jestem strasznie zmęczona. Dobranoc wszystkim-Kurenai wstała i udała się do sypialni.
Zabawa trwała na całego. Najmocniejsze głowy wytrwały do świtu. Nazajutrz prawie wszyscy wstali skacowani. Zychu zwołał spotkanie całego klanu w sprawie zbliżającej się wielkimi krokami wojny. Chcąc nie chcąc musieli się stawić. Trzeba było omówić ważne kwestie.
-Łeb mi pęka-biadolił Corvus-trzymając się za głowę.
-Znam dobry sposób na kaca-powiedział Xplode
-Jaki?-zapytał ożywiony nagle Widzący
-Woda.-odparł Xplode.
-Przed czy po?
-Zamiast-odparł X i uśmiechnął się. Poranek był przepiękny. Żyć nie umierać pomyślał.

Rozdział IV

Ifri leżała na zielonej łączce i podziwiała alabastrowe obłoki, które snuły się leniwie po niebie. Powietrze było cudownie świeże. Dziewczyna urwała kwiat maku i przylgnęła do niego nosem wdychając słodki zapach płatków. Kolorowy motyl przysiadł na jej głowie. Kiedy tak trzepotał skrzydełkami mieniąc się tysiącem barw, wyglądał jak tęczowa spinka wpięta we włosy dla ozdoby. Ale nic nie trwa wiecznie.
-Cześć i czołem!-zawołał ElPadre.
Byli z nim również Mavciaretti, Michus oraz Kureshii.
-Idziemy dropić reckę na bagna, nie chciałabyś się przejść?
Ifryta z żalem popatrzyła za odlatującym motylem.
-Hej, czemu nie? Ktoś was będzie musiał przecież ratować.-uśmiechnęła się z przekorą, gdyż najczęściej to ją wszyscy ratowali.
-Mill też idzie-powiedział Mav
-No to bombeczka-If wyszczerzyła zęby i wyrzuciła kwiatek za siebie.
Millena już do nich biegła.
~*~
Teren stawał się coraz miększy i był to znak, że zmierzają w dobrym kierunku. Pewną wskazówką dla naszych bohaterów były też tabliczki w stylu „Uwaga bagna”, albo „Strzeż się bagiennych potworów”. Kureshii zarządził postój na jedzenie. Wyciągnął z torby koszyk piknikowy i przenośną zastawę stołową.
-Częstujcie się kochani-powiedział
Wszyscy pojedli sobie do syta. Millena rzuciła na drużynę buffy ochronne i ruszyli w dalszą drogę. Długi czas tak szli, ale zaszli całkiem niedaleko. Bagna bowiem w znacznym stopniu utrudniły im lokomocję. Nagle cała piątka usłyszała dziwny i niepokojący odgłos.
-Kureshii dopiero jadłeś-powiedziała zirytowana If.
-Ale to nie ja tym razem...
cdn.
« Ostatnia zmiana: Lipiec 05, 2009, 12:50:43 pm wysłana przez Alice »
W życiu nie ma nic niemożliwego. Są jedynie wydarzenia w najwyższym stopniu nieprawdopodobne.

Offline likas

  • ***
  • Wiadomości: 208
  • Pochwał: 0
Odp: moje próby pisarskie
« Odpowiedź #1 dnia: Lipiec 06, 2009, 12:59:57 pm »
Całkiem, całkiem. Widać, że nie piszesz z patosem, ale wplatasz nutkę humoru, przez co opowiadanie nie jest suche. W pierwszym opowiadaniu i fragmentach jednak, wg mnie oczywiście, jest poruszone kilka spraw/wątków/wydarzeń, ale wyraźnie brakuje "literków", które uzupełnią i wzbogacą opisy.
np.
Cytuj
Wiedział, że to już niedaleko. Jechał bardzo powoli, ale najważniejsze, że do przodu. Koń potykał się co chwilę ze zmęczenia. Amdrigar zsiadł z wierzchowca i dalej prowadził go za uzdę. Cayenne śledziła go już od pewnego czasu a on grzecznie udawał, że tego nie zauważył.

Jest dużo czynności, któe dzieją się równocześnie, a są tylko dwa zdania :P. Jak czytałem to trochę zgrzytało, bo brakuje takich typowych połączeń między zdaniami. np.
Cytuj
Koń potykał się co chwilę ze zmęczenia. Amdrigar zsiadł z wierzchowca i dalej prowadził go za uzdę.
niby się zgadza, wszystko jest logiczne, ale ze zdania wynika, że konik już od dłuższego czasu był zmęczonym a nagle ni z gruchy ni z pietruchy, ten ziomek postanowił zsiąść. Tak samo:
 
Cytuj
Amdrigar zsiadł z wierzchowca i dalej prowadził go za uzdę. Cayenne śledziła go już od pewnego czasu a on grzecznie udawał, że tego nie zauważył.
Ziomek sobie grzecznie zsiada z konika i nagle nie wiadomo skąd wplecione jest zdanie o tej Cayenne.

Ponieważ zaznaczyłaś, że są to fragmenty, to nie mam pojęcia, jak wygląda całość :P. Brakuje trochę opisów postaci. Nie wiadomo, czy Cayenne to nie jest przypadkiem marzenie pedobear'a :D. Wiadomo, że nie trzeba od razu dawać opisu postaci na dwie strony, ale można co jakiś czas ujawnić szczegóły, np. tu:
Cytuj
niknęła zderzenia odskakując do tyłu, ale gwałtowny ruch zsunął jej kaptur z głowy jakieś włosy tutaj powinna mieć, chyba, że łysa była :D. Stała teraz i zdezorientowana mrugała kolor, aż się prosi ;] oczami.
.

Opisy krajobrazu/miasta, mi się podobają, takie w sam raz, może brakować kilku "literków", ale to już pierdoły ;p.

W każdym razie, czytaj, pisz, udoskonalaj :P. Czy jesteś na dobrej drodze żeby Fabryka Słów się o Ciebie upomniała, to nie wiem :D, ale nie zacznij tylko tworzyć opowiadań fantasy z patosem, bo to już się dawno przejadło, taka mała rada :P.

Offline Alice

  • ***
  • Wiadomości: 210
  • Pochwał: 0
  • TroubleMaker
Odp: moje próby pisarskie
« Odpowiedź #2 dnia: Lipiec 06, 2009, 08:03:14 pm »
"literków" :D
Cytuj
niby się zgadza, wszystko jest logiczne, ale ze zdania wynika, że konik już od dłuższego czasu był zmęczonym a nagle ni z gruchy ni z pietruchy, ten ziomek postanowił zsiąść.
No bo tak właśnie było. Ale zgadzam się z tobą, że "ziomek" mógł wcześniej na to wpaść żeby odciążyć biednego konika;< ;) Wprowadzenie Cayenne wydaje mi się w porządku:) Masz rację, mogłam napisać coś o wyglądzie postaci. Wydaje mi się, że mieszam style. Momentami piszę patetycznie, w innych fragmentach bardziej na wesoło. Tak czy siak dziękuję ci za krytykę;)
« Ostatnia zmiana: Lipiec 06, 2009, 08:05:50 pm wysłana przez Alice »
W życiu nie ma nic niemożliwego. Są jedynie wydarzenia w najwyższym stopniu nieprawdopodobne.

Offline likas

  • ***
  • Wiadomości: 208
  • Pochwał: 0
Odp: moje próby pisarskie
« Odpowiedź #3 dnia: Lipiec 06, 2009, 09:18:33 pm »
Wiadomo, to nie dramat antyczny, że Cię wypędzą z miasta, jak pomieszasz style :P. Według mnie trzeba tylko znaleźć odpowiednią proporcje i nie pójść w skrajność.

Co do tych literków jeszcze. Tak jak pisałem, to mają być fragmenty, więc trudno dokładnie się ustosunkować. Wiadomo, na początku narrator jest jednym z bohaterów albo w poszczególnych rozdziałach "towarzyszy" w 3os ofc. innym postaciom. Tutaj zdawało mi się, że wybrałaś tego ziomka, dlatego jeśli chodzi  o pewne "schematy", to ta ziomalka ze sztyletem powinna jeszcze nie być znana z imienia, czyli tym bardziej ten "koniko-zajeżdzacz" powinien tylko wiedzieć, że ktoś go śledzi. Można to ująć np. wiedział, że jest śledzony, ale grzecznie udawał, że tego nie zauważył. Może nadmierne czepialstwo z mojej strony, ale po prostu jestem wyczulony na takie zgrzyty, to co mam się nie pożalić na forum :D.

Teraz taka ogólna dygresja, jak już jesteśmy przy opowiadaniach fantasy.
Przerobiłem trochę książek fantasy i w zdecydowanej większości, świat, bohaterowie, fabuła są cukierkowi, tacy amerykańscy. Jest sobie ziomek, najpierw takie 0, szare z wyraźnym zadatkami na wyzwoliciela ludu/świata, potem ginie mu rodzina, potem idzie się mścić, potem pierdut, pierdut i chmara przeciwników kona, a potem bohater ma wyrzuty sumienia, że zabija jakieś tam istoty, potem znajduje nauczyciela, który wyjaśnia że to konieczność, potem bohater wreszcie się zgadza, potem znajduje jeszcze wypaśne artefakty, potem znajduje Główne Zło, które zabija albo któremu daruje życie, po to tylko żeby w 4 czy 6 tomie znowu powróciło przykładów można wymieeeeeniać. Utarły się pewne schematy miłości, nienawiści, zemsty itp. itd. Czasem od samego początku wiadomo kto kogo zabije/pokocha/uwolni/wybaczy itd. Już najlepsze jest jak główny bohater jest synem/córką głównego złego i ma rodzeństwo, które zostało wychowane w środowisku dresów, tj. złych ludzi i jest całkowitym przeciwieństwem naszego dobrego rycerzyka :D.
Jak na razie udało mi się natrafić na jeden świetny cykl, który złamał passę amerykańskich rycerzyków, to jest Pieśń lodu i ognia R.R. Martina. Tam nie ma przebacz, dobrzy giną najpierw :D. Człowiek ponadto od początku nie wie, o co tak na prawdę chodzi. Owszem, wydaje się, że Główne Zło jest "odkryte" przez czytelnika, ale jest ono tylko widmem, które wisi nad światem, a tak na prawdę, Mniejsze Zło wychodzi na pierwszy plan.

Offline Alice

  • ***
  • Wiadomości: 210
  • Pochwał: 0
  • TroubleMaker
Odp: moje próby pisarskie
« Odpowiedź #4 dnia: Lipiec 07, 2009, 01:39:02 am »
Przyznam szczerze, ze nie czytałam. No cóż trudno teraz wynaleźć coś oryginalnego, bo tak jak zauważyłeś, zalewają nas stale powtarzające się szablony. Mi bardzo przypadł do gustu Pratchett, na pewno jego książki nie są schematyczne. Wprost przeciwnie, T.P. wyrobił sobie swój własny, indywidualny, charakterystyczny styl, fabuła każdej jego książki jaką czytałam była ciekawa i wciągająca, a postacie oryginalne.
PS. "koniko-zajeżdżacz"-rozwalasz mnie:P
« Ostatnia zmiana: Lipiec 07, 2009, 01:41:47 am wysłana przez Alice »
W życiu nie ma nic niemożliwego. Są jedynie wydarzenia w najwyższym stopniu nieprawdopodobne.

Offline likas

  • ***
  • Wiadomości: 208
  • Pochwał: 0
Odp: moje próby pisarskie
« Odpowiedź #5 dnia: Lipiec 07, 2009, 02:11:06 pm »
Trudno się nie zgodzić odnośnie Pratchetta, każda książka to majstersztyk sam w sobie. Oczywiście, nie każdemu się podoba taki rodzaj humoru, ale wtedy jest gÓpi i nie wie co dobre :P. Przyznam się, że tak jak w wielu książkach przy jakimś długawym akapicie, robię oczami page down, to tutaj, literka po literce jest przerobiona. Na szczęście, mam dodatkowo słabą pamięć co do szczegółów, więc Pratchetta mogę wiele razy jeszcze przeczytać, bo osobiście bardziej cenię otoczkę fabuły niż ją samą.

Btw. tak teraz patrzę na ten Twój awatar i na nick na forum, to przypomniała mi się książka pt. Alicja autorstwa Piekary :>.

Offline Alice

  • ***
  • Wiadomości: 210
  • Pochwał: 0
  • TroubleMaker
Odp: moje próby pisarskie
« Odpowiedź #6 dnia: Lipiec 07, 2009, 11:10:08 pm »
Avatar dałam byle jaki, jak zwykle. A co do nicku, to ostatnio gram w taką grę "American McGee's Alice" stworzoną na podstawie "Alicji w krainie czarów". Nie jest to jednak ta cukierkowa dziewczynka, którą znamy z bajki dla dzieci  :P
W życiu nie ma nic niemożliwego. Są jedynie wydarzenia w najwyższym stopniu nieprawdopodobne.

 


Strona wygenerowana w 0.062 sekund z 18 zapytaniami.